Na koniec pozostaje nam jeszcze kwestia żądań marksistów (wyrażonych słowami Lenina) "żeby proletariat przygotowywał się do rewolucji wykorzystując obecne państwo". Anarchiści, jak powiedział Lenin, "odrzucają to". Oczywiście do dzisiaj to się nieco zmieniło. Wolnościowi marksiści, tacy jak komuniści rad, również odrzucają "wykorzystanie obecnego państwa" w celu przysposobienia proletariatu do rewolucji (tzn. sprzeciwiają się temu, by socjaliści startowali w wyborach). Zdaniem anarchistów wykorzystywanie wyborów nie "przygotowuje" klas pracujących do rewolucji (tzn. do kierowania swoimi własnymi sprawami i społeczeństwem). Raczej przygotowuje je to do podążania za przywódcami i pozwalania, by inni działali za nie. Rudolf Rocker tak o tym powiedział:
"Uczestnictwo w polityce państw burżuazyjnych nie zaprowadziło ruchu robotniczego ani o milimetr bliżej socjalizmu. Za to dzięki tej taktyce socjalizm został niemal całkowicie zmiażdżony i skazany na utratę znaczenia (...) Uczestnictwo w polityce parlamentarnej wpłynęło na socjalistyczny ruch robotniczy jak jakaś podstępna trucizna. Zniszczyło ono wiarę w konieczność konstruktywnej działalności socjalistycznej, a co najgorsze, także odruchy samopomocy, zaślepiając ludzi rujnującym złudzeniem, że ratunek zawsze nadejdzie z góry" [Anarcho-Syndicalism, s. 49].
Podczas gdy działalność wyborcza ("polityczna") sprawia, że masy przyzwyczajają się do postępowania według wskazań przywódców i przyzwalania, by to oni działali w ich imieniu, anarchiści popierają akcję bezpośrednią jako "najlepszy dostępny sposób przygotowania mas do kierowania swoimi własnymi interesami, osobistymi i zbiorowymi; a oprócz tego, anarchiści przeczuwają, że nawet już teraz ludzie pracy są w pełni zdolni do zarządzania swoimi własnymi interesami politycznymi i administracyjnymi" [Luigi Galleani, The End of Anarchism?, ss. 13-14].
Dlatego anarchiści przekonują, że jest konieczne, abyśmy odzyskiwali władzę, która została skupiona w rękach państwa. I to właśnie dlatego kładziemy nacisk na akcję bezpośrednią. Akcja bezpośrednia to działanie samych zainteresowanych, czyli akcja przedsięwzięta przez ludzi, których dana sprawa bezpośrednio dotyczy. Poprzez akcję bezpośrednią ludzie pracy zdobywają panowanie nad swoją własną walką, to oni sami stają się tymi, którzy ją prowadzą, organizują, którzy nią kierują. Nie przekazują innym swoich własnych działań ani zadania wyzwolenia siebie samych. W ten sposób przyzwyczajamy się do kierowania swoimi własnymi sprawami, stwarzając alternatywne, wolnościowe formy organizacji społeczeństwa, mogące stać się siłą zdolną opierać się państwu, wywalczyć reformy, i - w ostateczności - stać się szkieletem wolnego społeczeństwa. Mówiąc inaczej, akcja bezpośrednia tworzy instytucje samodzielnej działalności (takie jak zgromadzenia społeczności, komitety fabryczne, rady pracownicze itp.), które, przytaczając słowa Bakunina, "rodzą nie tylko idee przyszłości, ale też i samą przyszłość jako fakt dokonany".
Mówiąc inaczej, teza, że start socjalistów w wyborach w jakiś sposób przygotowuje ludzi z klasy pracującej do rewolucji, jest po prostu zła. Wykorzystując państwo, startując w wyborach przygotowuje się ludzi jedynie do posłuchu przywódcom -- nie zachęca to do samodzielnej działalności, samoorganizacji, akcji bezpośrednich ani masowej walki niezbędnej do przeprowadzenia rewolucji społecznej. Ponadto, jak już zauważyliśmy w sekcji H.1.1, startowanie w wyborach ma korumpujący wpływ na startujących w nich. Historia radykałów wykorzystujących wybory to długie dzieje zdrad i przeobrażania się partii rewolucyjnych w reformistyczne (patrz sekcja J.2.6, gdzie znajduje się dokładniejsze omówienie tej sprawy). Zatem wykorzystanie istniejącego państwa doprowadza do tego, że podział stanowiący samo sedno istniejącego społeczeństwa (mianowicie podział na nielicznych rządzących i licznych ich słuchających) zostaje odtworzony w strukturach ruchów społecznych próbujących go zlikwidować. Sprowadza się to do przekazania faktycznego przywództwa szczególnej grupie ludzi, "wodzom", właśnie wtedy, gdy sytuacja wymaga, by ludzie pracy sami rozwiązywali swoje własne problemy i brali swe sprawy w swoje własne ręce. Tylko walka o wolność (albo też sama wolność) może być szkołą wolności. Zaś oddając władzę w ręce przywódców, wykorzystując obecne państwo, zapewniamy sobie nie przygotowanie się do socjalizmu, lecz odwleczenie w czasie jego nadejścia.
Ponadto poparcie marksistów dla kampanii wyborczych jakoś dziwnie nie przystaje do ich twierdzeń, że sprzyjają oni kolektywnym, masowym działaniom. Nie ma nic bardziej wyizolowanego, zatomizowanego i indywidualistycznego niż głosowanie. Jest to jednoosobowy, samotny akt przy urnie. Jest to totalne przeciwieństwo zbiorowej walki. Jednostka jest samotna przed aktem głosowania, w jego trakcie i po nim. Naprawdę, w przeciwieństwie do akcji bezpośrednich, które z samej swej natury narzucają nowe formy organizacji w celu kierowania walką i koordynowania jej, głosowanie nie tworzy żadnych alternatywnych organów samorządności klas pracujących. Nie może zresztą tego uczynić, gdyż nie opiera się na kolektywnym działaniu ani organizacji, ani też ich nie tworzy. Ono po prostu upoważnia jednostkę (wybranego przedstawiciela) do działania w imieniu zbioru innych jednostek (wyborców). Takie oddelegowanie władzy będzie przeszkadzało zbiorowej organizacji i zbiorowym działaniom, gdyż wyborcy będą oczekiwali, że ich przedstawiciel będzie działał i walczył za nich -- gdyby nie mieli takich oczekiwań, to wtedy od początku nie mieliby zamiaru na niego głosować!
Cóż za rozkoszna ironia, zważywszy na to, że marksiści zwykle oczerniają anarchistów jako "indywidualistów"!
Jeżeli spojrzymy na kampanię przeciwko pogłównemu (podatkowi zarządzonemu w celu finansowania władz lokalnych, w takiej samej kwocie od każdej osoby, bez względu na jej stan majątkowy) w Wielkiej Brytanii na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, to będziemy mogli dostrzec, co stałoby się z masowym ruchem społecznym wykorzystującym start w wyborach. Rozmaite partie lewicowe, zwłaszcza Bojownicy (obecnie Partia Socjalistyczna) wkładały mnóstwo czasu i wysiłku w wywieranie nacisku na radnych z Partii Pracy, aby nie wprowadzali tego podatku. Bez żadnego powodzenia. Załóżmy nawet, że by się im to udało i radni z Partii Pracy odmówiliby wprowadzenia podatku (albo też kandydaci "socjalistyczni" zostaliby wybrani na ich miejsce, aby położyć kres temu podatkowi). Co by się wtedy wydarzyło? Po prostu to, że nie byłoby żadnego masowego ruchu ani masowej organizacji opierającej się na odmowie płacenia tego podatku, ani też samodzielnie zorganizowanych akcji bezpośrednich, by stawiać opór gwarantowanej przez państwo (w Szkocji) wyprzedaży mienia osób odmawiających płacenia podatku, ani też aktywizmu wśród społeczności w żadnej formie. (A wszystko to miało właśnie miejsce w tym czasie w Wielkiej Brytanii i doprowadziło do upadku rządu Margaret Thatcher w 1990 r.) Zamiast tego cała kampania ograniczyłaby się do popierania radnych w ich poczynaniach, masowych marszów, podczas których przywódcy informowaliby nas o swoich działaniach w naszym imieniu, i może jeszcze marszów i demonstracji w celu protestowania przeciwko jakimś działaniom, które rząd narzucałby naszym przedstawicielom. Przywódcy mogliby też nawoływać do jakiegoś rodzaju masowych akcji, ale te akcje nie zrodziłyby się oddolnie, więc nie byłyby wynikiem samoorganizacji klasy pracującej, jej samodzielnej aktywności ani polegania na sobie samych. Raczej miałyby one charakter czysto wtórnych protestów, wywołanych dopiero nieprzyjaznymi działaniami władz. Byłby to przykład podążania za przywódcą, bez uwłasnowolnienia i wyzwolenia, które są cechami działań podejmowanych przez samą klasę pracującą jako grupę świadomą i zorganizowaną. Walka milionów ludzi zostałaby zastąpiona działaniami garstki przywódców.
Oczywiście nawet omawianie takiej możliwości wskazuje na to, jak daleka jest ona od rzeczywistości. Radni z Partii Pracy nie mieli zamiaru działać -- byli na to zbyt "pragmatyczni". Lata pracy w ramach systemu, wykorzystywania wyborów już wiele dziesięcioleci wcześniej odebrały swoją należność. Oczywiście anarchiści doceniają pożytek z pikietowania posiedzeń lokalnych rad, z protestowania przeciwko radnym i ukazywania im choćby drobnych przykładów siły oporu drzemiącej w ludziach, gdyby wprowadzili oni pogłówne. Taka pikieta stanowiłaby wyraz akcji bezpośredniej, gdyż opierałaby się na demonstracji siły naszych bezpośrednich działań i siły naszych organizacji klasowych. Natomiast lobbing (wywieranie nacisku przez wpływowych ludzi) buduje złudzenia, że "przywódcy" działają za nas. Opiera to się na błaganiu zamiast nieposłuszeństwa. Ale nasi Bojownicy raz jeszcze zapragnęli zastąpienia obecnych przywódców sobą, a więc nie mieliby nic przeciwko opisanej taktyce.
Na nieszczęście socjaliści nigdy tak naprawdę nie zakwestionowali tego, dlaczego trzeba przede wszystkim lobbować radnych. Jeżeli bowiem wykorzystywanie istniejącego państwa naprawdę jest wartościową taktyką radykałów albo rewolucjonistów, to dlaczego zawsze doprowadzało ono do spadku radykalizmu wśród tych, którzy stosowali tę taktykę? Był to nieuchronny skutek w każdym ruchu, który "uzupełniał" akcję bezpośrednią startowaniem w wyborach. W takich przypadkach środek ciężkości danego ruchu zawsze będzie się przemieszczał od zaplecza społecznego na szczyt, od samoorganizacji i oddolnych akcji bezpośrednich do biernego wspierania przywódców. Może to nie nastąpić od razu, ale dopiero z upływem pewnego czasu. Partia ulega degeneracji przez funkcjonowanie w ramach systemu. Tak samo dzieje się z masowym ruchem społecznym, który zostaje przekształcony w maszynę wyborczą do zbierania głosów dla partii, a nawet zaczyna przeciwstawiać się akcjom bezpośrednim, w razie gdyby mogły one zmniejszyć szanse wybocze przywódców. Właśnie tak robili przywódcy związkowi wiele, wiele razy.
Ujmując rzecz całościowo, trzeba powtórzyć, że historia socjalistów, którzy rzeczywiście wykorzystywali szansę startu w wyborach, okazała się przykrą porażką. Zamiast przygotować masy do rewolucji, skutki tego były dokładnie odwrotne. Jak przekonujemy w sekcji J.2, należało tego oczekiwać. A to, że Lenin mógł jeszcze wciąż argumentować po linii takiego rozumowania, nawet już po zdradzie socjaldemokracji (tzn. poparciu I wojny światowej), świadczy o jego braku woli wyciągania wniosków z lekcji udzielanych przez historię.